Pijak wyglądał na zrozpaczonego. Stanął przy ogrodzeniu miejskiego parku i chwycił za kraty. Jego twarz wyglądała w świetle latarni jak bochen czerstwego chleba. Zawył. Spojrzał w niebo, potem znowu na drzewa, do których nie miał dostępu, zatrząsł metalowymi prętami i krzyknął przeraźliwie:
- Wypuśćcie mnie stąd! Wypuśćcie!
Gwałtownik podszedł do niego i poinformował:
- Człowieku, ale ty jesteś na zewnątrz. Na ulicy stoisz. Na wolności.
Pijak spojrzał na niego z pobłażaniem.
- Wiem – odpowiedział. – I tego właśnie mam dość…
- Jak to?